Przejdź do treści

Kuciel Franciszek

  • przez

W roku 1939 w miesiącu październiku przebywałem w Gródku Jagiellońskim pow. Gródek Jagielloński woj. lwowskie
Z powodu zbliżających się wojsk niemieckich do mego miejsca zamieszkania, dnia 12.09.1939 r. opuściłem Gródek Jagielloński i zdążałem w kierunku granicy rumuńskiej. Drogę przecięły mi wojska rosyjskie, wobec tego wróciłem z powrotem i dnia 24.09.1939 przybyłem do Gródka Jagiellońskiego.
Tu zastałem już Czerwoną Armię. Dowiedziałem się od żony i dzieci, które stale przebywały w Gródku Jagiellońskim oraz od wielu znajomych, że Czerwoną Armię witali u nas Ukraińcy i Żydzi kwiatami. Osobiście byłem świadkiem, jak w czasie dalszych przemieszczeń Czerwonej Armii przez Gródek Jagielloński całe oddziały zwarte młodzieży żydowskiej z transparentami i kwiatami, które sypali pod i na czołgi Czerwonej Armii wykrzykiwali słowa „chajnywe krasna armia i naszi tawaryszi”, witając w ten sposób bolszewików. Dalej stojące i przypatrujące się przemarszowi Czerwonej Armii tłumy starych Ukraińców, to samo, zdejmując nakrycia głowy, wykrzykiwali różne powitalne zdania i pozdrowienia Czerwonej Armii. Takie powitania poszczególnych nawet osób Czerwonej Armii przez komunistów Żydów i Ukraińców oraz przychylne i że się tak wyrażę, słodkie dno wyżej wymienionych trwało i widziałem na każdym kroku, przy każdym potknięciu się i przy każdej sposobności. Ten motłoch tak żydowski, jak też ukraiński wprost narzucał się poszczególnym żołnierzom Czerwonej Armii jak i więcej N.K.W.D.
Zachowanie się Czerwonej Armii w stosunku do ludności było jakby na pozór obojętne i nieśmiałe, wydawało się jakby bojaźliwe. Wszyscy tak żołnierze, jak i też oficerowie byli zajęci kupowaniem, co w ręce wpadło, uganiali się po całym mieście kupując dosłownie wszystko, płacąc każdą cenę, tak że do 3-ch najwyżej 4-ch tygodni już w mieście niczego nie było.
Pewnego dnia przystąpił do mnie żołnierz Czerwonej Armii na podwórzu plebani, która leży tuż przy szkole i zapytał mnie „jak się nazywa to miasto”, kiedy dałem mu odpowiedź, ten zdziwiony odszedł „wot j. ich m. a wony nam niechazali, kak zowiot sia toj gorod, a zawziem i inaksze” a w dalszej rozmowie powiedział mi ten, że już 4-ry miesiące ich wojska stały na granicy polskiej. Był i drugi żołnierz saper, z którym rozmawiałem przy budowie mostu, przylegającego do mego ogrodu względnie podwórza, nieznanego przez nasze wojska. Saperzy Czerwonej Armii budowali nowy, więc przez kilka razy może wychodziłem na podwórze i rozmawiałem z nimi.
Krytykowali, narzekali w straszny sposób na wszystkie stosunki i warunki panujące w Rosji, nawet najdrobniejsze szczegóły, poszczególnych ludzi ich życie wolniejsze, braki pod każdym względem, krytykowali cały reżim i wszystko zgadzało się, bo później sam osobiście, zgodnie z jego słowami widziałem i przeżywałem, będąc wywiezionym do Rosji.
Natomiast wprost żołnierze ci, z którymi starałem się przy nadarzającej się sposobności nawiązać rozmowę, nie mieli słów pochwały dla wszystkiego, co u nas widzieli, zaznaczając, że im opowiadali, że w Polsce jest strasznie źle, że w niemożliwy sposób wykorzystują burżuje cały naród, a tymczasem oni widzą, że u nas tak dobrze, wierząc że po tej wojnie i u nich będzie lepiej, bo ten reżim musi się zmienić. Wielu z nich stanowczo twierdziło, że po tej wojnie do Rosji nie powrócą. Jeden nauczyciel tak powiedział: „ja po wojnie do Rosji nie wrócę mimo, że nauczycielom u nas było dobrze płacone, ale nic prawie za te pieniądze nie kupię już, mam dość tego raju”. Jeden z oficerów N.K.W.D., który mieszkał u nauczycielki, która pracowała ze mną, tak mówił do niej „pani mnie nie zdradzi, co ja powiem, myśmy myśleli że wy nas przyjdziecie uwolnić, a nie my do was przyjdziemy, taki piękny wasz kraj, tyle wszystkiego macie, a u nas nie ma niczego”.
N.K.W.D. przybyło do Gródka Jagiellońskiego prawie po dwóch czy prawie więcej może trzech tygodniach. W rozmowie z innym żołnierzem Czerwonej Armii ten mi tak powiedział „no teraz wam jeszcze dobrze, ale czekajcie niedługo tu przyjdzie N.K.W.D., to wtedy zobaczycie i poznacie, co to jest N.K.W.D”. Tak się też stało.
Po wkroczeniu Czerwonej Armii urzędy wszystkie były nieczynne. W sądzie widziałem, kręcących się sędziów Ukraińców Żelimirskiego, który przez cały czas mego pobytu w Gródku Jagiellońskim bardzo gorliwie wraz ze swoją żoną współpracował z N.K.W.D. jak też z innymi bolszewikami oficerami z armii, sędzia Chylak, adwokat Karaczewski, również z żoną, adwokat Tatuch, żona adwokata Bireckiego, adwokat wojskowy Kranbeng i Pomeranz. Ci dwaj to już całą parą pracowali z bolszewikami N.K.W.D. Lekarz Zausmer główny lekarz bolszewicki, nauczyciel religii żydowskiej Glasman z dwoma synami to samo, na całą parę szedł na rękę wszystkim bolszewikom i N.K.W.D. tak, że jego własna żona powiedziała „zwariował mój mąż, zrobił się wielkim dyrektorem”. Dalej dwóch nauczycieli gimnazjum Ukraińców Piotr Weresiuk a drugiego nazwiska nie pamiętam. Nauczyciel szkoły powszechnej Czuchnowski, Andrzejowski, tam był inspektorem szkolnym wizytował naszą szkołę polską. Zachowywał się zależnie, wobec osób Polaków niby grzecznie. Pocztę obsadzili jakimiś młodymi Żydami.
Urzędnicy siedzieli w mieszkaniach, od czasu do czasu wychodzili ze strachem naturalnie Polacy, aby coś się dowiedzieć.
Kasy pożyczkowe złączono w jedną, w której urzędowali sowieccy urzędnicy i nasi Żydzi. Podatki i długi wekslami ściągali bezwzględnie. Szkoły podzielono: osobno polska, ukraińska i żydowska.
Kierownikiem polskiej szkoły naznaczyli Kostrzębskiego Jana, ukraińskiej jednej Czuchnowskiego drugiej, bo były dwie, Karaczewską żonę adwokata, a żydowskiej był Glasman.
Milicja była na usługach N.K.W.D. W stosunku do ludności przede wszystkim polskiej to tylko jeden czy dwóch milicjantów Żydów, pozornie łagodnie odnosiło się i to nie do wszystkich osób Polaków. Zaszła, denuncjonowała i o wszystkim donosiła N.K.W.D. Wyłącznie przy pomocy milicji, składającego się z najniższego elementu ukraińskiego i żydowskiego. N.K.W.D. przyjmowało wszystkie wiadomości o wszystkich Polakach o poszczególnych osobach z najdrobniejszymi szczegółami.
Komendantem milicji był Polak Panas, imienia nie pamiętam murarz z zawodu. Tego człowieka trudno jest porównać z jakimkolwiek stworzeniem na świecie, bo takiego strasznego potwora Bóg nie stworzył. Brak mi słów aby go scharakteryzować, wprost nie jestem w stanie powtórzyć słów jakimi ów hańbił, oczerniał, szkalował wszystkie władze polskie, poczynając od starosty miejscowego, a skończywszy na najwyższych władzach państwowych polskich. On występował na wszystkich mityngach i na trybunach w otoczeniu oficerów N.K.W.D. Wydawał jak kur z klatki na swej gardzieli potoki plugastw obelg i oszczerstw na całą Polskę i na wszystkie nasze władze a oni bili mu brawa, które go podniecały do tych wszystkich obelg oszczerstw pod adresem Polski, Polaków i wszystkiego co było polskie. A jednak dobrze mu było w tej Polsce. Ten właśnie Panas kazał mnie aresztować. Zaznaczam, iż z tym człowiekiem nigdy nie stykałem się i ani jednego słowa nie zamieniłem. Mnie znał jako kierownika szkoły jako porucznika komendanta P.W. [Przysposobienia Wojskowego] W.F. [Wychowania Fizycznego] i Z.S. [Związku Strzeleckiego] oraz inicjatora sprawy społecznej.
Dnia 9 XII 1939 r. około godziny 10:20 w niedzielę zebrałem się do kościoła. Przedtem wyszedłem na podwórko. Wracając do mieszkania po nakrycie głowy, aby je założyć zauważyłem, względnie spostrzegłem dwóch Ukraińców, którzy obeszli dom, w którym mieszkałem, bo dom ten otoczony był dookoła ogrodem. Jak za chwilę dowiedziałem się, że ci dwaj osobnicy to byli właśnie ten Panas a drugi Rap Ukrainiec. Panas wszedł do mieszkania, a Rap pozostał przed wejściem do domu. W tej chwili wszedłem na Panaska. Nie odwracając się do mnie, zapytał przy towarzystwie, kto ja teraz jestem? Ja wprost  machinalnie, bez namysłu odpowiedziałem, wiem. On na to chciałem oglądnąć mieszkanie. Ja odpowiedziałem, proszę. Panas oglądnął pokoje i kuchnię, wyszedł z mieszkania i obu ich odprowadziłem kilka kroków od domu. Wróciłem aby ubrać palto. Ubrałem palto i wyszedłem do kościoła.
Przechodząc chodnikiem do furtki i kiedy byłem może dwa albo trzy kroki do furtki od wewnątrz ogrodu, w tej chwili zauważyłem Panasa w towarzystwie jednego osobnika z N.K.W.D., zdążających chodnikiem do mojej furtki. Panas otworzył furtkę i powiedział do tego osobnika z N.K.W.D., oto jest towarzysz Direktor Kuciel. Wtedy enkawudzista zwracając się do mnie, zapytał: to wy direktor Kuciel, na co ja odpowiedziałem tak. Wtedy ów enkawudzista rzekł: „to wy pajdiati ze mnoju”. Machinalnie poszedłem.
Zaprowadził mnie do budynku, w którym mieściła się dawna nasza policja. Tu zaczęły się ujadania nadaremne. Zarzucano mi, że ukryłem karabiny ręczne, maszynowe, armaty, ręczne granaty, że organizowałem młodzież przeciwko Czerwonej Armii, że byłem rukowoditilem strzilcia [dowódcą strzelca] i Pe-We [Przysposobienia Wojskowego], że nie jestem oficerem, że strzelałem do ich oficera. Wszystko to odbywało się z wielką wprost szatańską furią, grożeniem i pięściami pod nosem, i rewolwerem, wyprowadzaniem mnie już na rozstrzelanie, że nie chcę mówić prawdy. Wprowadzano mnie z powrotem do jednego pokoju, to za chwilę do drugiego. Ta procedura ze mną trwała 3 godziny. Następnie zaświadczono mi, że idziemy do mnie do domu na rewizję.
Wróciłem do domu w towarzystwie dwóch enkawudzistów, zdaje mi się dwóch milicjantów, z których jednego pamiętam, nazywał się Tenenbaum. Ten gad znęcał się nade mną i próbował nad moją rodziną. Przeprowadzili rewizję taką, jakiej sobie drugiej trudno wyobrazić. Dosłownie wszystko przewrócili do góry nogami. Po skończonej rewizji milicjant zabrał mi 6 masek przeciwgazowych, które kupiłem dla całej rodziny.
Enkawudzista kazał mi podpisać rodzaj protokołu, na podstawie którego, ja miałem się zgodzić dobrowolnie na przeprowadzenie w moim mieszkaniu rewizji. Kiedy oświeciłem go, że ja wcale o rewizję nie prosiłem i nie zgadzałem się, wobec tego nie podpiszę. Wtedy mi w arogancki sposób po rosyjsku zaczęli mi wymyślać, a obecna przy tym żona i dzieci zaczęły płakać, a żona poczęła mnie błagać, żebym podpisał, bo to i tak pod presją i gwałtem mi to robią i wymuszają, więc podpisałem. Jeden z nich przeczytał mi wtedy ten protokół, że przy rewizji nic nie zginęło, względnie nie brakło, no taka była treść protokołu, nie wiem bo nie czytałem.
W końcu zwrócił się do mnie jeden z N.K.W.D. i odezwał się w te słowa „wy pajdiati z nami”, na co ja odrzekłem, to znaczy, że my mnie aresztujecie? Na to żadnej odpowiedzi nie otrzymałem.
Opuściłem rodzinę i wyszedłem z tymi zbirami z powrotem do N.K.W.D. Wróciłem do N.K.W.D. około 4-tej czy 5-tej godziny po południu. Bezpośrednio rozpoczęli mnie przesłuchiwać. Co się działo w czasie całonocnego przesłuchania, tego nie jestem w stanie dziś opisać.
Działy się rzeczy, o których nigdy w życiu nikt na świecie nie miał pojęcia, a także i ja choćbym żył drugich 55 lat. Wylewali tysiące wyrazów, począwszy od najordynarniejszych do zjadliwie słodkich, na które ciężko się zdobywali i silili. Wymyślali najokropniejsze groźby z rewolwerem w ręce, pięściami, pluciem w oczy i znowu łagodnie.
W ciągu tej nocy napisali 4 protokóły i niszczyli po każdym odczytaniu, bo nie chciałem tych bredni szatańskich podpisać. Wreszcie piąty protokół napisany przez enkawudzistę udaje się 4-temu, bo oni się zmieniali co pewien czas. Podpisałem, gdy już dniało na dworze. Kazali mnie odprowadzić niejakiemu Sasowi, który był leśnym w lasach gminy Gródka Jagiellońskiego, a wtedy był już na usługach N.K.W.D. do więzienia, względnie aresztów gminnych przy magistracie.
Ja byłem pierwszym aresztowanym z pośród osób wywiezionych i inteligencji w Gródku Jagiellońskim. Kilka dni wcześniej aresztowało N.K.W.D. komendanta P.P. [Policji Państwowej] w Gródku Jagiellońskim Purę i starszego przodownika P.P. w Rodatyczach Komarka. Wszystkich innych Polaków w Gródku Jagiellońskim aresztowali później, jak się dowiedziałem, siedząc w więzieniu i tu z niektórymi spotkałem się.
Dnia 14 tego grudnia 1939 r. wywieźli mnie z aresztu gminnego do więzienia św. Brygidy do Lwowa i tu siedziałem do 14-tego lipca 1940 r. W więzieniu lwowskim przesłuchiwali mnie na tak zwanym doprosie 8 razy. Każde z tych przesłuchań trwało najkrócej 8 godzin. Treść przesłuchań była prawie taka sama. Na przesłuchania mnie przyjeżdżali dwaj ci sami z N.K.W.D. z Gródka Jagiellońskiego i przywieźli ze sobą zarzuty zebrane od Ukraińców z Gródka Jagiellońskiego i powiatu gródeckiego.
W Gródku Jagiellońskim napisał na mnie oszczercze doniesienia, względnie dał na piśmie N.K.W.D. powiatowy weterynarz Ukrainiec, którego nazwiska zapomniałem, który w swoim zeznaniu zarzucił mi ironizowanie artykułów i całej konstytucji stalinowskiej, którą z polecenia nakazanego gwałtem, odczytywałem na zebraniu obywateli gródeckich w polskiej szkole, na którym to zebraniu byli przeważnie Polacy, a zaledwie kilku Żydów i Ukraińców. Złożył na mnie równocześnie fałszywe zeznanie w N.K.W.D. Ukrainiec Fołys właściciel jadłodajni czy zwykłego szynku w rynku w Gródku Jagiellońskim oraz Ukrainiec Kozak z … [nieczytelne].
W miesiącu październiku przed wyborami podzielili miasto na rejony. Wyznaczyli przeważnie nauczycieli do czytania i objaśniania konstytucji stalinowskiej. Zaznaczam, że wszystko działo się pod bezwzględną presją i groźbą z góry na jakiekolwiek uchylanie się, rezygnowanie czy tłumaczenie niewykonania jakiegokolwiek ich zarządzenia. Skutki tego były aż nadto widoczne i znane, bo prawie wszystkich aresztowali i wywieźli. Szczegółowe dane o każdym Polaku podawali N.K.W.D. Ukraińcy i Żydzi milicjanci.
Między innymi i ja byłem wyznaczany do wystawienia tej wściekłej konstytucji. Na zebraniu moim byli przeważnie ludzie inteligentni, kilka pań żon naszych oficerów 26 p.p. [pułku piechoty]. Ja czytając tę konstytucję w języku polskim zapomniałem, że są padliny indywidua ukraińskie i podsłuchują i donoszą N.K.W.D., o czym to ja mówiłem i tak się też stało. Wprawdzie panie żony oficerów na migi palcami i oczyma zwracały mi uwagę, ale już było za późno, kiedy się ocknąłem.
Powiedziałem, że rozszerzają tory kolejowe i tymi podwójnymi torami, szerokimi przywiozą masy towarów różnych z Rosji, i tam są płoty grodzone kiełbasami, że tam piją szampana, i u nas tak będzie, i wiele innych wyrazów nigdy w Rosji nieziszczalnych i nieprawdopodobnych.
Słyszałem te brednie i niemożliwe kłamstwa wygłaszane na mityngu przez niejakiego Moroza, chłopa z gminy Stawczany, którego bolszewicy wysłali do Rosji, a ten po powrocie, niemożliwe brednie i kłamstwa plótł na mityngach, urządzanych w powiecie i w Gródku Jagiellońskim, aby mógł wygłosić i przedstawić, to co widział w Rosji, a ten plótł, łgał, że sami z N.K.W.D. ze zdziwieniem patrzyli na niego. Wyczuliśmy to, że oni nie wierzą, w to co on łże.
Ja wiele z tych głupot powtórzyłem i to się mściło na mnie przez cały czas więzienia i w obozie pracy, bo mi stale przypominali „no ty staryk ironizował stalinskuju konstytucju, kak i tymy szyrokimy poizdamy i płatamy z kołbasoju”.
Aresztowania nakazano im, poza wyjątkami odbywały się nocami, jak też przesłuchiwania również nocami, rewizje, słowem w N.K.W.D. wszystko wykonywało tylko nocami.
Wolno było wychodzić na ulicę, początkowo do godziny 10-tej wieczorem. Jakie były zarządzenia później, nie wiem. Zarządzili rejestrację oficerów. Zgłaszali się młodzi, ja byłem i powiedziałem, że jestem stary, mam 55 lat, więc kazali mi iść do domu. Wielu młodych oficerów ukrywało się po wsiach. Co się stało później nie wiem, bo nie dużo było zgłaszających się. Złoty polski początkowo zrównano z rublem. Wykonanie wszystkich początkowych zarządzeń pilnowała milicja, a kto nie wykonał donosiła do N.K.W.D., a nawet sama aresztowała i zamykała.
Agitacja przedwyborcza odbywała się na stałych mityngach, zarządzanych w miejscach publicznych i w różnych lokalach. Zebrania i mityngi były przymusowe zwłaszcza dla nauczycielstwa, pilnowali nas stale. Było wyznaczanych widocznie dwóch młodych bolszewików, jeden Żyd pewnie, drugi nie wiem co za jeden.
Ci dwaj zgoło przychodzili do szkoły polskiej. Do sal naukowych wchodzili z nakrytymi głowami i rewolwerami przy boku. Nakazali zdjąć przede wszystkim obrazy św. [święte] i wszystkie inne. Zabronili uczyć religii, historii polskiej i w ogóle o Polsce, zaznaczając młodzieży, że ani Boga, ani Polski nie ma i nie będzie. Zachowanie się ich i przemówienia do młodzieży, wywarły straszne wrażenie. Wiele dzieci wprost spazmatycznie płakało, wszystkie były przestraszone, u wielu śmiertelna bladość pokryła twarzyczki, jaka rozpacz, jaki ból i żal nami targały tego spisać się nie da. Mimo nakazów i pilnowania młodzież szkolna sama modliła się z miną wystraszoną [gdy bolszewik] wszedł do sali naukowej i po lekcjach po jego wyjściu z klasy, tak to było zorganizowane w tym czasie, kiedy ja nie(?) pracowałem w szkole. Pozamykane, nic nikomu nie płacili, tylko obiecali. Później dawali koniecznie potrzebującym zaliczki po 50 zł po 120 zł. Tak było do mego aresztowania.
Mnie i nauczycielce Sobolewskiej, vice starosty z Mościsk kazali przemawiać na mityngu na rynku naszego miasta. Ona uchyliła się w ten sposób, że zamiast przyjść o godzinie 2-giej po obiedzie mówiła, że była o 4-tej [nieczytelne] a ich czas był przesunięty. Ja przyszedłem o 2-giej i stałem na chodniku z kolegą Żukasiewiczem. Przysłuchiwaliśmy się mówcom, którzy byli na ciężarowym aucie. Przemawiało ich 9-ciu. Dzień był pochmurny dżdżysty i wiał zimny wiatr. Wreszcie przystąpił do mnie jeden z tych opiekunów naszej szkoły i który wyznaczył nas do przemawiania, i kazał mi iść na samochód.
Wyszedłem na samochód i tu słuchając tego narzekania, a zwłaszcza naszych Ukraińców, czekałem w kącie samochodu aby jak najdłużej. Wreszcie jakiś z N.K.W.D. zaczął czytać rezolucję, po czym przystąpiłem do niego i mówię mu, że ja mam przemawiać, a on cały zziębnięty, oświadczył że będę przemawiał na drugi raz. Na to czekałem i to wyczułem, i tak będzie. I nie dało się uniknąć przemówienia, którego panicznie przyznam się, bałem się. Każdy mówca musiał szkalować swoje własne władze i wojsko swoje, to wtedy otrzymywał oklaski i nazywało się, że dobrze przemawiał. Tak podle przemawiali Ukraińcy i Żydzi, te kanalie, Polak Panas, o którym wspomniałem.
Listę wyborczą sporządzał Komitet złożony z Ukraińców i Żydów. Dziś tych osób nie pamiętałem. Gdzie te listy były sporządzane, tego nie wiem. W skład komisji wyborczej wchodzili Ukraińcy i Żydzi i ta komisja wraz z N.K.W.D. wszystko załatwiała. Listy były wystawione w magistracie. Wiem, że wybrano Ukrainkę nauczycielkę bez posady Marię Cap. Ona przewodziła w całym Gródku razem z N.K.W.D.
Wybory odbyły się w całości pod bezwzględną presją N.K.W.D. i milicji. Wybory odbywały się w budynku gimnazjum. W czasie wyborów cały budynek wyborczy w najmniejszych zakątkach był strzeżony przez N.K.W.D. W jednej sali był stół zasłonięty rzekomo do czynienia poprawek na kartkach. Kartki były drukowane gotowe.
Kto wchodził za zasłonę był pilnie strzeżony i zaznaczany na liście. Dużo osób przekreślało całe kartki, względnie drukowane tam nazwiska i tak wkładali do urny wyborczej. Urna stała na stole, przy której siedział jakiś nieznany mi osobnik i widziałem, jak od kilku osób odbierał kartki oglądał i wkładał do urny, czyniąc nie znacznie jakieś zapiski. Obok stał drugi stół, na którym biała lista głosujących. Przy nim drugi osobnik mnie nie znany, odnotowywał względnie podkreślał tego, kto oddał kartkę do urny.
Chorych, starców czy kaleki przywożono samochodem lub furmanką do głosowania. Kto absolutnie nie mógł przybyć na wybory, jeździli do niego i musiał włożyć kartkę do urny.
Całość wyborów, oświadczam dziś jeszcze z okropnym wprost oburzeniem, odbywały się pod najbezczelniejszą presją bezwstydnie rzucające się w oczy największemu laikowi. Mniej rażącą może formą przeprowadzania wyborów byłoby, gdyby sami całą formę i sposób wyborów byli sami napisali, przeprowadzili, zamiast zajmować do tego tyle ludzi, którzy musieli patrzeć na podłotę, gwałt i bezczelność. Ja i moi znajomi, z których pamiętam p. Zielińskiego, przekreśliliśmy te kartki z nazwiskami, których nie pamiętam i włożyliśmy do urny.
Prawo głosowania mieli od 18 lat. Kartki rozdawali N.K.W.D. gotowe drukowane. Żona moja i córki dwie, nie głosowały. Schowały się w piwnicy, znajdującej się na uboczu w miejscu niewidocznym. Kiedy przyszedł milicjant znajomy Żyd, powiedziałem, że wyjechały do Lwowa do siostry żony i tam będą głosowały, i tak się skończyły wybory. Wszyscy, którzy w czymkolwiek wydali się podejrzanymi, byli notowani i kończyło się następnie aresztowaniem ich i wywiezieniem. Zaznaczam również, że w czasie wyborów agitacje były prowadzone zupełnie strasznie. Pilnowało N.K.W.D. każdego poszczególnego osobnika. N.K.W.D. uwijało się na każdym kroku jak psy myśliwskie.
Naczelny inspektor szkolny jakiś bolszewik, kupił sobie sam ubranie i bardzo się cieszył. Do szkoły naszej w czasie mego pobytu nie zaglądał. Kursów dla nauczycielstwa w tym czasie nie było żadnych prócz mityngów dla nauczycielstwa, na których przemawiali gorąco chwaląc bolszewików, ukraińscy nauczyciele, których władze sowieckie porobili inspektorami.
Co do usuwania urzędników, to wielu z nich sami opuścili swe biura, a innych to tak usuwano, że wchodzili różni jacyś bolszewicy, rozpoczynali swą robotę, nie zwracając uwagi na naszych, czyli proszę zabierać się.
Żył każdy jak mógł, dawał sobie radę. Pod koniec mego pobytu w Gródku Jagiellońskim zauważyłem, że nakaczyści [napuszeni] Ukraińcy, którzy całą parą szli na lep i śmiesznie nauczyli się służyć bolszewikom, jak też i Żydzi komuniści, którzy wydali ze siebie chyba już wszystko, na co zdobyć się mogli, aby przypodobać się bolszewikom [przejrzeli na oczy]. Kiedy na późniejszych mityngach usłyszeli, że widoki ich na osiągnięcie tego nigdy nie uchwytnego raju gasną, że żadnej Ukrainy samostijnoi ne bude, a tysz sowiecka, zapały ich gasły z każdym dniem i widziałem że idee komunistyczne u nich gasną, a byli i tacy którzy z miejsca wyrzekali się komunizmu. Nazwiskami tych dziś trudno mi upozować względnie podawać, bo nie pamiętam.
Dnia 14 VII 1940 wywieźli mnie do więzienia w Konotopie w Rosii. Tam siedziałem 9 miesięcy i 5 dni. Następnie po zasądzeniu w marcu 1941 r. na 8 lat ciężkich robót wywieźli mnie do Charkowa. Tam siedziałem 2 miesiące. Następnie wywieziony [zostałem] do obozu pracy Dżamandżał(?).
Traktowanie w więzieniu przez N.K.W.D. było zależnie od człowieka, ale w ogóle było surowe przeważnie aroganckie. Pilnowali nas bardzo na każdym kroku. Wyżywienie poniżej minimum, nagotowaliśmy. W celach więziennych, gdzie mogło przebywać 4-5 ludzi wprost pakowali po 29. Tak było w celi nr 14 w Konotopie. W innych celach gdzie mogło żyć 10-15 ludzi, siedziało nas po 73. Cela nr 12 również w Konotopie. Tak samo było z więzieniem we Lwowie.
Najbardziej oburzające i z przykrością muszę to zaznaczyć, zachowywali się nasi policjanci. Mały procent z pośród nich było ludzi zrównoważonych i spokojnych. Większość z nich to sadyści, ja osobiście wycierpiałem od nich bardzo wiele. Krytykowali i oczerniali swoich najwyższych i bezpośrednich przełożonych. Byli to z powiatów: Żółkiew, Lwów, Radziechów, Kamionka Strumiłowa i wielu innych, nazwisk dziś nie pamiętam, ale kiedyś, jeśli da Bóg, wrócę, to oni się znajdą. Siedziałem z nimi długo i było ich na celach dosyć dużo. Mówiłem im, dzięki Bogu, że nie stoicie na korytarzu pod drzwiami celi zamiast czubaryków [pogardliwie o żołnierzach Armii Czerwonej], bo wielu by z nas świata już nie widziało.
Wielu starszych Polaków wymarło w więzieniu w Konotopie. W obozie pracy w Dżamandżale przebywałem z różnymi, Kazachami, Uzbekami przeważnie złodziejami, bandytami, recydywistami: Było ich 39 ja jeden Polak 40ty.
Przeżywałem niewymowne wprost tortury. Wykonywałem najcięższe prace. Otrzymywałem 400 gr chleba i to nie zawsze. ½ litry gorącej wody, a w niej pływały ziarenka szuminy, to było śniadanie. Na obiad dostawałem 1 litr wody gorącej, a w niej pływały plasterki, albo mielonych pomidorów, albo kiszonych ogórków lub pokruszonej kapusty listki, na kolację nic. Wyznaczono mi normę, której żaden stachanowiec nie wykonywałby. Miałem wyrzucić 7 i ½ m technicznego gliny. Do tej gliny musiałem wykopywać i wyrzucić warstwę do 1½ m kamienia, dopiero dostawałem się do gliny, którą znowu musiałem kilofem łupać i łopatą wyrzucać na wierzch. Tej normy nigdy nie byłem w stanie wykonać, a skutek tego lepszego wyżywienia nie otrzymywałem. Miałem wyrobić 450 samanów [rodzaj cegły]. Wyrobiłem już 400 a 450 nie byłem w stanie, nie miałem siły i znowu norma nie wykonana. Dalej miałem wybudować ścianę: 25 m długą, 80 cm wysoką i tej normy nie wykonałem i drugiego kotła nie dostałem. Przyznam się czekałem na śmierć, ale ona nie przychodziła. Tam przebywałem 5 miesięcy.
W końcu dostałem się do kołchozu. Tu przebyłem sodomę i gomorę. Roboty, kopanie kanałów, a zliczanie bawełny to był odpoczynek. Otrzymywałem 200 gr brudnego jęczmienia, czasem 200 gr kukurydzy, poza tym, nic dosłownie nic. Wodę przynosiłem 2 km. Woda stojąca gorzka. Tu oprócz głodu cierpiałem prześladowanie i męki wprost ze strony naszych przesiedleńców Polaków, rolników z powiatu stanisławowskiego. Podaję nazwiska: Łużny zdaje mi się na imię Andrzej czy Jan, były plutonowy żandarmerii wojsk, pisarz gromadzki, Bzowy, Michalski, Berezowski. Ci ludzie zbezcześcili mnie do zera, besztali w niemożliwy sposób, zrobili mnie złodziejem. Słowem, co im ślina na język przyniosła, to wyładowywali na mnie. Jeść mi nie dawali przydzielanej mi racji, zwłaszcza ten Łużny. Powiedział mi, że tu w Rosji kto nie pracuje, ten nie je. Ja chodzić nie mogłem z głodu, ręki do góry podnieść nie mogłem. On zabrał mi łopatę, ja chcąc kopać, nawet nie miałem czym i w czasie przerwy proszę go, aby mi dał swojej motyki czy łopaty, a on mi powiedział, że kiedy ja odpoczywam, to i moja łopata także odpoczywa i obiadu mi nie dał. On był naszym brygadierem. Artykuły spożywcze, które dla nas otrzymywał to kradł z tego. To ludzie straszni. Wszystkie żale i urojone krzywdy, które rzekomo mieli w Polsce, to ja byłem wszystkiemu winien.
Tak cierpiałem aż do 2 marca 1942 r., w którym to dniu zgłosiłem się do Armii Polskiej i w tym to dniu skończyła się moja męka, cierpienia i prześladowania. Dnia tego nigdy nie zapomnę.

Kuciel Franciszek por. p.r.[pasywnej rezerwy]

jego odręczne wspomnienia: TUTAJ

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *