Przejdź do treści

Przesadzanie

Życiem rządzą przypadki. Odnosi się to także do spraw przeszłych. Na Allegro swego czasu pewna osoba sprzedawała czasopismo „Na Przełaj” z 1989 r. a w nim lekką ręką napisana opowieść o… Dolinianach i Nowej Cerkwi o nazwie „Przesadzanie”. Niestety pismo zostało sprzedane.
Pan Jacek Gałązka, twórca „Przesadzania” także go nie ma. Podpowiedział jednak, że pismu „Na Przełaj” został nadany numer ISSN, co oznacza, że istniał obowiązek jego zgromadzenia przez Bibliotekę Narodową. Okazało się, że zostało złożone w Ossolineum we Wrocławiu. Napisałem tam i w odpowiedzi dostałem dwie strony opowieści o Dolinianach i Nowej Cerekwi.
Jak powstało „Przesadzanie” Jak pisze pan Jacek Gałązka „W latach 1988-89 (o ile dobrze pamiętam) zorganizowaliśmy w kilkuosobowym gronie dwa rajdy reporterskie wzdłuż granic Polski, jeden na wschodzie, drugi na południu. Szukaliśmy ciekawych ludzi, miejsc, grup etnicznych, historii osobistych. Mieliśmy zwykle wybranych kilka obiecujących miejsc, ale byliśmy raczej nastawieni na improwizację. Rozmowa z osobą przypadkowo poznaną w lokalnym barze mogła wyznaczyć następny etap podróży. Świetnie się przy tym bawiliśmy i dużo uczyliśmy. We Włodawie rozmawialiśmy z Sarą Ader, ocalałą z Holocaustu, bohaterką reportażu Małgorzaty Niezabitowskiej i Tomasza Tomaszewskiego dla National Geographic, byliśmy gośćmi polskich Tatarów, mieszkających w Polsce Słowaków, członków komuny zielonoświątkowej w Bieszczadach, żołnierek z batalionu im. Emilii Plater osiadłych we wsi Platerówka, Marii Wnęk – malarki prymitywistki z Nowego Sącza, i… przesiedleńców w Nowej Cerekwi.”

Oddaję Państwu do przeczytania całą treść, wyciągniętego z zakurzonej półki „Przesadzania”, znajdującego się w czasopiśmie „Na Przełaj”, nr 34 z 3 września 1989 r.

We wsi było kiedyś osiem restauracji, każda z salą taneczną. Największa, wyłożona lustrami, obita kosztownym materiałem, błyszcząca pięknym parkietem doczekała końca wojny. Wójt zabrał co cenniejsze części wyposażenia i pobudował coś dla siebie.

Dach pozbawiony powoli konstrukcyjnych belek i dachówki – trzeba było łatać inne domy we wsi – pewnego dnia sam się zapadł. Nikt nie przejął po Niemcach rzeźni i masarni, a maszyny rolnicze wojsko zabrało na stadion w Głubczycach. Czego nie zgubili w transporcie, to zardzewiało na trawie boiska. Zostali tylko ludzie, domy, których nie było czym naprawiać, lęk, że jutro trzeba będzie się stąd wynieść i nadzieja na powrót do domu.
Obok Nowej Cerekwi, niegdyś Neukirche, w której zniknęły dawne restauracje, bielą się w słońcu czyściutkie Pietrowice. Ciekawe fasady domów, kwiaty w ogródkach i za szybami okien. Wiadomo – Ślązacy, tradycyjnie czyści i pracowici. Poza tym mieszkają tu od pokoleń. Nikt ich nie ładował do bydlęcych wagonów i nie wysyłał w nieznane. Czy to aby cała prawda?

Doliniany
Latem 1939 roku koło Gródka Jagiellońskiego, jakieś 30 kilometrów od Lwowa, coraz głośniej mówiło się o wojnie. Biskupi zebrani w Kalwarii Przemyskiej uspokajali, coraz częściej przybywali Dolinian studenci, dowódcy „Strzelca”, zbierały się na odprawach lwowskie „Orlęta”: przy ogniskach gawędzono o sytuacji międzynarodowej.
Mobilizacja zabrała ze wsi dorosłych mężczyzn. Moi rozmówcy, wówczas podrostki, z dumą noszące odznaki „Orląt”, organizowali pomoc dla frontowego zaplecza – formowali zaprzęgi do przewozu ludzi i sprzętu. Później po zbombardowaniu Gródka, pomagali w czym mogli uciekinierom: karmili, pośredniczyli w handlu z Niemcami, szukali noclegów.
Rosjanie, którzy weszli tu na mocy porozumienia z sąsiadów Polski, sprawiali fatalne wrażenie: byli brudni, źle wyposażeni i głodni. Przynieśli ze sobą powiew wielkiej polityki, sprawili że spokojni mieszkańcy Dolinian, nie ruszając się z miejsca, odbyli podróż z okupowanej Polski do cieszącego się jeszcze pokojem Związku Radzieckiego.
– Od 1940 roku wywodzili na Sybir – mówi o poczynaniach nowej władzy Władysław Głogiewicz. Aresztowania zaczęły się już w trzydziestym dziewiątym, w listopadzie. Zabierali urzędników, inteligencję, dowódców „Strzelca”, nauczycieli i sołtysów. Później też ich rodziny. Kto miał większe gospodarstwo, uchodził za „kułaka”. Ja miałem 80 mórg, więc mnie też mieli wywozić, ale przeszkodzily przygotowania do nowej wojny.
Znów furmankami wozili ludzi i sprzęt, tym razem radziecki. Pomagali przy budowie dróg i lotniska. Spotykali przy pracy wielu polskich jeńców. Niejeden z nich pozostał tam na zawsze.
– Organizacja pracy była fatalna. Jeden Rosjanin, były „kułak”, przymusowo przesiedlony uczył, jak oszukiwać nadzorców. „Ne bud’durak” – mówił – jak dobrze oszukujesz, to nikogo nie obchodzi, żeś nic nie zrobił. Byle w dokumencie było napisane, że robota wykonana. Inny Rosjanin, nauczyciel, żebym wstąpił do Komsomołu, po trzech miesiącach, jak się oswoił, pokazał przypięty pod klapą krzyżyk. Wszystko dla pozoru.
Prawie całe Doliniany znalazły się w Armii Krajowej. Stanowiły Oddział Operacyjno-Dywersyjny 26 pułku piechoty. Ci, którym groziła wywózka, ukrywali się w lesie, reszta została we wsi. Nocą bronili domów przed wypadami ukraińskich nacjonalistów, też partyzantów, zwalczających zarówno Polaków, czyli starą władzę, jak i Rosjan.
Jeszcze przed kolejnym wkroczeniem Niemców zdążyli, znów w roli wozaków, ewakuować radziecką broń, amunicję i tajne dokumenty. Oficer NKWD, dowódca konwoju, Ukrainiec, warknął na pożegnanie: „Job waszu mat’. Paliaki, wy tylko ukraińską bandę widzicie, a swojej nie? Ale my się jeszcze spotkamy!”
W tym samym czasie dowódca ich pułku AK, Szczepan Gwiazdowski „Głaz”, cudem uciekł z „Brygidek”, słynnego lwowskiego więzienia. Wyszedł z celi nie wiadomo przez kogo w nocy otwartej i stwierdził brak strażników. Ci z więźniów, którzy zostali, wietrząc podstęp, zginęli. Trzy godziny później obsługa, która wcześniej opuściła więzienie w obawie przed Niemcami, wróciła i dokonała masakry.
Mieszkańcy Dolinian po raz drugi znaleźli się pod okupacją.

Zwolnieni z przysięgi
W lipcu 1944 roku „Głaz” zebrał wszystkich podkomendnych i zwolnił ze składanej przed pięcioma latami przysięgi. Szczepan Bedryś [Bedryj] „Poranek”, dowódca doliniańskiego oddziału, wbrew tej decyzji postanowił pomóc nacierającym na Gródek jednostkom radzieckim i podjąć współpracę z radziecką partyzantką.
Zostali więc przewodnikami armii pancernej i organizatorami szpitala polowego.
Wraz z pierwszymi czołgami przyjechał oficer NKWD, ten sam którego pożegnali w czterdziestym pierwszym…
Wieś nazywano w urzędach „bandycką”, że niby wszyscy w bandach AK. Rosjanie mówili, „Polsza budiet, no nie sdies”. Do wojska brać ich nie chcieli, bo obawiali się dywersji, choć bardziej ufali Polakom niż Ukraińcom.
Życie w Dolinianach stawało się nieznośne. Niektórych po długich wahaniach przygarnęła w końcu armia. Pozostałym zaczęło grozić oskarżenia o działalność antyradziecką. Do wsi zjechali przesiedleńcy z Bieszczad, a na bocznicę podstawiono wagony.
– Zamierzaliśmy w ogóle z drogi uciekać – wspomina Stanisław Lechowicz – Nikt nie wiedział, dokąd jedziemy. Wielu później jeździło z miejsca na miejsce, bo tam gdzie ich osiedlili, wrócili dawni właściciele.
Trzy dni w wagonach z Gródka do Kędzierzyna, dwa tygodnie koczowania pod gołym niebem na stacji. Dalej do Bobrowa i znów tydzień koczowania. Okradani po drodze, tracili resztki inwentarza. W Głubczycach, w biurze przesiedleńczym znaleźli wreszcie na mapie wieś.

Neukirche

Mieszkali tu jeszcze Niemcy. Polacy wprowadzali się do ich domów. Porozumiewali się po polsku, żyli zgodnie, przyjaźnie. W czterdziestym szóstym polskie furmanki wywoziły niemieckie rodziny. Bez pośpiechu. Nad porządkiem jeszcze rok czuwały radzieckie placówki wojskowe. Ziemie były przecież poniemieckie, a nowi mieszkańcy wsi Neukirche, dziś Nowa Cerekwia, przybyli tu z „bandyckiej” wsi. To określenie zostało zapisane także w polskich dokumentach.
Władysław Wróbel ma największe doświadczenie w „odsiadkach”. Po wojnie odsiedział dwa tygodnie za dwa kilogramy zboża. Tyle zabrakło w obowiązkowej dostawie, a grzywny wynoszącej dwa tys. złotych nie miał skąd wziąć. Prawie czterdzieści lat później siedział za „Solidarność”, ale to już inna historia.
– Nikt nie dostał ani dachówki, ani papy. Nikogo to nie obchodziło. Kto ukradł, ten miał, a kto nie, musiał wyżyć z „metra” zboża.
Kradli więc materiały do naprawy dachów i poniemieckie sprzęty z byłych restauracji. Za swoje byli w stanie kupić najwyżej kalosze, jedną parę w roku, i kosy.
A ziemia tu była wymagająca, trzeba było nawozów, maszyn i dużej wiedzy rolniczej.  W Dolinianach urodzajny czarnoziem sam rodził, prawie nie wymagał pielęgnacji. Niszczały więc ledwo co reperowane domy, zadbane niegdyś Neukirche zmieniało się powoli w ubłoconą Nową Cerekwię.
Część gospodarzy oddało wkrótce ziemię spółdzielni produkcyjnej, co w niczym nie poprawiło ich doli. Spółdzielnia wegetowała, może nawet gorzej niż gospodarstwa prywatne. W końcu upadła i zwróciła przejęte pola, tyle że nie zawsze te same, które wzięła.
– Bo organizacja była taka sama, jak u Rosjan – stwierdza pan Głogiewicz. Żebyś nie wiem jak pracował, żadnych efektów. A poza tym, niby to było nasze, ale nikt nie miał pewności, czy jutro nie każą się zabierać. Niby przydział był, ale cała ziemia należała do państwa. Nie wiem, czy i teraz czujemy się na swoim. Oby to się zmieniło…

Obelisk
Stoi na środku prostokątnego rynku. Są na nim nazwiska poległych w walce z okupantem. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że wymienieni na płycie mężczyźni byli żołnierzami AK. Pomnik wystawiono na dwudziestopięciolecie Polski Ludowej. Wtedy trudno było zrobić inaczej. Może to pierwszy w Polsce pomnik „akowców”?
Za szpicem obelisku straszą wybite okna piętrowego domu. Tam właśnie była największa sala taneczna.
– A tu druga – gospodarze pokazują kolejne ślepe okna, zabite sczerniałą od deszczu dyktą.
Trzydzieści lat temu coś się zmieniło, wszyscy to potwierdzają. Od tej pory starali się wpłynąć na poprawę losu. Pan Wróbel został przewodniczącym Gromadzkiej Rady Narodowej. Mieli swojego człowieka w administracji wojewódzkiej. Zbudowali we wsi szkołę, postawili pomnik, w osiemdziesiątym pierwszym zakładali wiejską „Solidarność”. Wszystko w nadziei na lepsze życie. Tylko nadal okien nie wstawili w pustych domach.
– Trudno dogonić innych, jak się później startowało.
Młodzieży we wsi dużo, ale czy zechcą zostać? Syn pana Głogiewicza tak, bo skoro się tu urodził… Nie wygląda to jednak na stanowczą decyzję, raczej na jakieś poddanie się losowi. Syn pana Wróbla nie może znaleźć pracy, choć magistrów inżynierów niezbyt dużo.
– Tak mają solidarnościowcy – powiedział sekretarz i nie mylił się.
Aktywność ojca zemściła się na synu.

Pamiątki
Tuż za rynkiem stoi wysoki, ceglany mur. W nim pozostałości okazałej bramy. Dalej obszerne podwórko, otoczone resztkami budynków gospodarczych, ogrodu. Zwalone dachy, dziury po oknach i wysoka trawa. Dawno nikt tu nie wchodził, a kiedyś musiało to być bogate gospodarstwo.
Pan Lechowicz nie może odnaleźć odznaki „Orląt”. Mówi z dumą, że jeszcze ją ma, ale nie daje się namówić na pokazanie. Pewnie sam już dawno jej nie oglądał.
Jeszcze niedawno żyli nadzieją powrotu. Czasem i dziś tak żartują. Czterdzieści lat nie wystarczyło do aklimatyzacji, nie pozwoliło nadrobić dystansu wobec otoczenia. Wystarczyło na podstawienie pomnika, aktywność społeczną dawniej i polityczną dziś, ale nie załatanie dachów, wstawienie wybitych szyb i rozebranie ruin.
Nie powiodło się ogrodnikom świata przesadzanie jałowców. Rozkopana ziemia nie zarosła trawą, a szpilki pożółkły.
Puste okna straszą do dziś w wielu osadniczych miejscowościach…

Jacek Gałązka
fot. Jacek Domiński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.