Przejdź do treści

sprawozdanie z wyjazdu

  • przez

W dniu 20.05.2019 roku pojechaliśmy wypożyczonym samochodem ze Lwowa do wsi Doliniany, gdzie mieszkała do końca II wojny światowej rodzina mojego pradziadka. Tam się urodził mój dziadek.
Udaliśmy się najpierw do Gródka zobaczyć kościół parafialny, do którego przynależeli Głowaccy z Dolinian. Dzięki uprzejmości księdza proboszcza, Andrzeja Kozaka, zwiedziliśmy wnętrze i zobaczyliśmy stan po odzyskaniu kościoła przez Archidiecezję Lwowską od państwa ukraińskiego i jak się potem okazało, po odnowie i naprawach, zwłaszcza palącej się sieci elektrycznej. Dawną plebanię obejrzeliśmy tylko z ulicy, bowiem władze ukraińskie nie oddały jej parafii i urządziły w niej przedszkole.
Ksiądz z żalem opowiadał, że do kościoła uczęszcza z całej okolicy jedynie dwadzieścia kilka osób, a przed wojną była to trzecia pod względem wielkości parafia. Właśnie z tego powodu kościół został rozbudowany w końcówce lat 40 XX wieku. Koniec prac przypadł na okres przejęcia tych ziem przez ZSRR i wysiedlenia Polaków. „I po co to było” ze smutkiem opowiadał.
Do Dolinian wjechaliśmy od strony dawnych Popieli, będących obecnie częścią Dolinian. Wieś przywitała wąską dziurawą drogą asfaltową, zmuszającą do zmniejszenia prędkości by nie zniszczyć samochodu.
Pierwszym miejscem postoju we wsi był cmentarz, znajdujący się zaraz za skrętem w kierunku osady Głęboka. Polskich grobów już nie ma prawie wcale. Zachowały się tylko te bardziej okazałe, na które potomnych było stać, ale i one czas niszczy. Są to groby właścicieli wsi – Seweryna Doliniańskiego i Linscheida, oraz grób Lechowiczów i nieliczne bezimienne pozostałości nagrobków zmarłych mieszkańców wsi. Zapewne wśród tych powojennych leżą też Polacy, którzy zostali, ale napisy są cyrylicą pisane….
Po zwiedzeniu cmentarza ruszyliśmy w kierunku Głębokiej, położonej na północy w kierunku Bratkowic części Dolinian.
Przy cmentarzu kończyła się zwarta zabudowa wsi i do osady droga z utwardzonej zmieniła się w polną. Jechaliśmy pod górę dosłownie po ziemi i trawie.
Gdy minęliśmy staw, po lewej i prawej stronie na drogę wychodziły kępy krzaków. Po jakimś czasie pokazał się pierwszy z istniejących przed wojną domów osady Głęboka. Należał do rodziny Huk. Z drogi ledwo go było widać, tak działka była pozarastana krzakami i drzewami. Obok stał drugi po Martynowiczach (zamieszkały) i trzeci po Hrynczyszynach, a potem długo żadnego.
Jadąc tą drogą widzieliśmy wszechobecną zieleń – gęste trawy i krzaki oraz drzewa. By wjechać do Głębokiej, trzeba było przejechać po łańcuchu pasącej się krowy! Dziś już w Polsce takich widoków chyba nie ma.
By znaleźć się we właściwej Głęboce, musieliśmy podjechać jeszcze trochę pod górę. Tak znaleźliśmy się w niecce pomiędzy wzgórzami, gdzie znajduje osada. Po dziś dzień droga kończy się za ostatnim domem, a przejazdu do Bratkowic jak nie było, tak nie ma i raczej nie będzie, bo osada Głęboka się kurczy, bo domów i mieszkańców ubywa.
Głęboka jest otoczona wzgórzami, w głąb w nie wbita. Stojąc tam, zrozumieliśmy skąd ta nazwa. Osadę porastały niekoszone wielkie trawy oraz kępy dzikich krzaków i zdziczałych ostatków polskich sadów lub drzew-samosiejek. Po lewej stronie drogi zabudowań już nie ma. Nie istnieją domy po Znajszłych i Głowackich.
Prawa strona zupełnie inaczej – większość murowanych budynków zachowanych i zamieszkałych.
Jedyną przedwojenną rodziną mieszkającą jeszcze w osadzie są Worobelowie (wcześniej Wróblowie), byli sąsiedzi Głowackich z naprzeciwka. Według nich nie ma już nawet sąsiadów Głowackich Sieromskich, a były tam dwie rodziny obok siebie.
Wyszedł nam na przywitanie pan Worobel i powiedział, że przypominam swojego dziadka. Pamiętał naszą rodzinę a nawet, że jako dziecko, bawił się z siostrą dziadka.
Pan Worobel wskazywał laską kto, gdzie mieszkał. Wskazał działki Głowackich, Znajszłych, Sieromskich oraz domy po rodzinach Martynowicz, Zając, Choma, Hasiuk, Panicz, Bedryj, Czajkowskich, Hrynczyszyn i Huk.
Dowiedzieliśmy się, że z tej parcelacji Sowieci wywieźli tylko rodzinę Czajkowskich, dlatego, że pozostałe rodziny osiedliły się w Głęboce za czasów Austrii – byli to „starzy” osadnicy. Zesłali tylko tych, którzy zamieszkali za czasów Polski.
Powiedział nam, że Polacy chociaż wygrali, wyjeżdżając do Polski na Ziemie Zachodnie. Zajęli dobre gospodarki po Niemcach, a im tutaj wszystko, co mieli zabrano, robiąc tzw. kolektywizację.
Pan Worobel zaprosił nas do domu i ugościł „po staropolsku” wódką własnej roboty. Na stół jego żona postawiła wędliny i chleb, a do przepicia wódki dała… własnej roboty chłodnik na swojskiej gęstej śmietanie. Byliśmy zaskoczeni gościną.
Wywiązała się rozmowa o dalszych losach mieszkańców Głębokiej, w tym tych, którzy przyjechali do Nowej Cerekwi. Potwierdzał, że wszystkie w zasadzie rodziny z Dolinian były mieszane, polsko-rusińskie (polsko-ukraińskie) i nikomu to nie przeszkadzało…
Po miłym przyjęciu nas, obejrzeniu osady i pożegnaniu z Woroblami, wróciliśmy do właściwej wsi.
Z braku czasu przejechaliśmy się jedynie po wsi, wstępując tylko na wzgórze „Mordy”, na którym położony jest dawny kościół a obecnie cerkiew grekokatolicka oraz do drugiej cerkwi. Obydwa budynki obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz.
Przejechaliśmy się potem w kierunku Wołczuch aż za koniec współczesnej wsi, gdzie dawniej były domy i nawróciliśmy z powrotem, oglądając wieś jedynie z samochodu.
Widzieliśmy domy odnowione oraz te opuszczone i zniszczone przez czas. Widać było różnicę między nami a nimi w poziomie życia. Doliniany wyglądały jak wieś polska dwadzieścia lat temu. Takie dziedzictwo po sowieckich rządach.
Kończąc zwiedzanie – ruszyliśmy w kierunku Popiel, jadąc wzdłuż zabudowy zwanej po dziś dzień po prostu Parcelacją. Po krótkim postoju w Popielach, pojechaliśmy do Wołczuch, skąd przybył mieszkać do Dolinian nasz prapradziadek, poszukać domu, gdzie mieszkał.
Gdy wjechaliśmy do wsi, rozpętała się taka ulewa, że nic nie było widać przez szyby samochodu i staliśmy długi czas na poboczu.
Szukając w tym deszczu działki Głowackich, oglądaliśmy z samochodu zabudowę tej dawniej prężnej wsi i minęliśmy pozostałości kościoła, do którego uczęszczali nasi przodkowie, zatrzymując się pod cerkwią. Od niej jedna z dróg prowadziła do zabudowań po rodzinach Ardelli, których sąsiadami byli właśnie Głowaccy. Robotnicy pracujący przy odnowie cerkwi wskazali nam kierunek, gdzie po dziś dzień jedna rodzina Ardelli pozostała.
W deszczu przeszliśmy się do ostatniego domu na tej uliczce. Z braku czasu i deszczu pomyliliśmy się i koło domu po Głowackich tylko przeszliśmy, skupiając się na lewej stronie. Przez deszcz również nie obejrzeliśmy wsi, ani cmentarza.
Gdy opuściliśmy Wołczuchy i przyjechaliśmy do Rodatycz, przestało padać. Zatrzymaliśmy się pod nieczynnym kościołem. Tam uczęszczali mieszkańcy mieszkańcy Wołczuch, zanim nie wybudowano im kościoła we wsi. Kościół był bez dachu, który został ściągnięty, ale pomimo upływu czasu, budynek nadal przedstawia się okazale. W środku nawet widać jeszcze malowidła. Kościół jest do odratowania.
Została nam chwila czasu, zajrzeliśmy na cmentarz, gdzie oprócz kaplicy już w zasadzie nie ma nagrobków i opuściliśmy wieś, wracając do Lwowa.
Niestety jeden dzień to za mało by na spokojnie wszystko zobaczyć, ale jest za to powód by do tych miejsc wrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.